26 maja 2017

Luksemburg – nuda na bogato

Z czego słynie Luksemburg? Zastanawialiśmy się lecąc tam na jeden dzień, przed wyruszeniem na Zanzibar. Skojarzenie mówiło – z luksusu, wujek Google – z pieniędzy i banków, relacje blogowe – sądząc po objętości i liczbie zdjęć – z kilku ładnych widoczków w centrum.  Przesiadkowemu koniowi się w zęby nie patrzy – była okazja, jest zwiedzanie. Z resztą już raz byłam w mieście, w którym nic nie ma i coś tam jednak znalazłam – czy podobnie było i tym razem?

Do stolicy europejskich finansów wyruszyliśmy w backpackerskim stylu. Lot z Poznania do Londynu, potem z Londynu do Luksemburga (Ranair za niecałe 3 Funty by the way) i oto jesteśmy – na niecałą dobę. Pierwsze wrażenie z nowoodkrytego lądu? Z plecakami się tu raczej nie podróżuje. Tu biznesmeny, garnitury, aktówki, walizeczki. 
PIERWSZE KROKI
Po krótkiej kontroli paszportów, wyruszamy z lotniska spacerem do naszego hotelu. W Ibis Budgecie atmosfera mało hipsterska, warunki do przenocowania w porządku. Świetna lokalizacja przylotniskowa, jeśli byście kiedyś potrzebowali. 
Luksemburg drogi, ale komunikacja miejska jest przystępna. Jednorazowy przejazd kosztuje co prawda 2 EUR, ale przejmuje się tym tylko ten, kto nie ogarnie, że całodniowy bilet kosztuje 4 EUR. To mogli wymyślić tylko bankowcy. Do centrum spod samego lotniska dojeżdża autobus. Trasa trwa około 45 minut i przewiduje takie atrakcje, jak obserwacja „europejskiej” dzielnicy zza szyby. 
PIERWSZE I INNE WRAŻENIA
W centrum zastajemy ład i porządek. Niby inaczej, a jednak jak byśmy już tu kiedyś byli. Budownictwo, styl ulic i witryn, Careffour Express i czekoladki Gallera – tak! Trochę jak Bruksela, tylko bez sikającego chłopca, Leonidasa, Godivy i Neuhousa. Czyli właściwie z czym?  
No właśnie, tu się sprawa trochę rypie. Najpierw starówka – przyjemne uliczki, utrzymane w dużej czystości. Plus za piękne klomby i dekoracje z kwiatami. Minus za niewiele knajpek, które wołają do mnie „wejdź, będzie fajnie” – wszystko takie albo bez pomysłu, albo oh oh i ulala, ale też jakoś tak nie przekonuje (klimatycznie, cenowo). Na pewno gdyby nie zjedzone rano kanapki z domu, znaleźlibyśmy coś na śniadanie, ale tak nie mieliśmy aż takiej motywacji. 
Przy remontowanym Placu Guillame II odkryliśmy knajpkę, której nazwa brzmiała znajomo.  Czyżby moje marzenie o własnej knajpie ziściło się bez mojej wiedzy? 
DO ZUPY Z TYM MIASTEM
Na liście luksemburskich „must see” w czołówce znajdziecie katedrę. Ładna, dość prosta, z ciekawą koncepcją neogotyckich konfesjonałów. Idziesz do spowiedzi i wystrzeliwujesz bliżej nieba. Sprytne.
Bruksela ma chłopca, Luksemburg ma dziewczynkę. „Złota baba” jak pieszczotliwie nazwałam pomnik, patrzy z góry na miasto i szuka miejsca na tyle ciekawego, że położy na nie wieniec zwycięzcy. 
Mało co potrafi mi odebrać zabawę ze zwiedzania miasta tak, jak zimno. Już zdecydowanie wolę głód. Luksemburg przyjął nas chłodno (w Poznaniu w tym czasie było około 0 stopni – to ta majówka, którą będziemy potem wspominać, niczym wielkanocne bałwany-króliki kilka lat temu). Wiem, że mogę nie być obiektywna. W najlepszym momencie dał jednak z siebie wszystko. W „okładkowym” miejscu miasta, nad brzegiem rzeki, zrobiło się słonecznie i ciepło. Idealne okoliczności, by zapałać uczuciem do tej luksusowej mieściny.
Poryw serca oraz poprawa pogody nie trwały długo. Zaliczyliśmy jeszcze kawałek chłodnego spaceru, by zawrócić w stronę centrum, w poszukiwaniu miejsca na przedwyjazdowy lunch. Nagle pojawiła się  ona: zupowa kantyna A la soupe. Nasze – oraz grupy luksemburskiej klasy średniej – życie nabrało wszystkich kolorów pożywnego Minestrone. Robota wykonana, miasto skonsumowane – nawet bez zagryzania domowego wypieku chlebkiem.
EROTYCZNE ŻYCIE ZWIERZĄT
Hola hola, nie tak szybko. Będąc w mieście – siedzibie wielu instytucji unijnych – wypadałoby zerknąć na nowoczesną architekturę tychże gmachów. Budynki zlokalizowane są w dzielnicy Kirchberg, a że to po drodze z centrum do lotniska, a bilet dzienny pozwala na dowolną ilość przesiadek, to skorzystać wręcz trzeba.
Nowoczesna architektura, niczym w paryskim La Defence, sprawia, że moje oczy stają się szersze, w głowie kręci się od zadzierania jej w górę, a serduszko bije szybciej. Czy takie emocje pojawiły się tutaj? Niekoniecznie. Ładnie, ale znów jakoś tak bez „tego czegoś”. Dopiero przyłapanie na gorącym uczynku pewnej pary kochanków skłoniło mnie do refleksji, że może jednak Ci luksemburczycy, poza wysokim statusem społecznym, mają trochę poczucia humoru.
LECIM NA SZCZECIN ZANZIBAR
Czy po jednym dniu można oceniać miasto? Można. Czy trafnie? Nie wiem. Na ten moment Luksemburg to dla mnie takie właśnie miasto na zobaczenie przy okazji. Bardzo poprawne, zadbane i estetyczne, ale nie intrygujące. Mimo fantastycznego lunchu dokładki pewnie nie będzie. No, chyba, że znów pojawi się przesiadkowy pretekst.



1 komentarz:

  1. Takie miasto na jeden dzień. Też czasami zwiedzając mam podobne odczucia: "Fajnie było zobaczyć, ale bez zachwytu..." Z tego co pokazałaś to najbardziej zachęcająco wyglądają widoki z góry. Zimno jak zimno, dobrze że nie padało :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...