10 marca 2016

Chiński koniec i początek: Pekin [część II]

Po kilkunastu dniach i kilku tysiącach przejechanych kilometrów, wróciliśmy do Pekinu. Żadne z nas chińskie stare wygi, ale kurs podstawowy mieliśmy w małym paluszku. Czy obie strony zyskały na tej dogrywce, niczym dobra zielona herbata przy kolejnym zaparzeniu? O tym dowiecie się w drugiej części relacji. 

Jadąc do tak wielkiego kraju ostra selekcja odwiedzanych miejsc jest nieunikniona. Po kilkunastodniowej trasie na południe od stolicy, ostatnie dwie doby spędziliśmy odwiedzając miasto, które w Chinach nas przywitało. Może pamiętacie, Pan Pekin wprowadził nas do chińskiej rzeczywistości dość  trudnym do podążania krokiem. Z czasem doceniliśmy tą kindersztubę. Wróciliśmy otwarci na kolejne lekcje od wymagającego nauczyciela i zaczęliśmy tam, gdzie Pekin się zaczyna, a niejeden skończył: na Placu Tiananmen. 
LEKCJA nr 6: (NIE) LUDZKI WYMIAR
Plac przytłacza wielkością i pustką. Nie porusza i nie wzrusza. Przypomina skutecznie, jakie jest miejsce człowieka w chińskim systemie. Po kilkunastu dniach zwiedzania pięknych miast, ciekawych atrakcji i obserwowania całkiem szczęśliwych ludzi, mających wszystkiego pod dostatkiem i tańczących walca w parku, można pomyśleć, że fajnie się w Chinach żyje, że całkiem ludzka ta republika ludowa. 
No i pewnie w jakiejś części tak jest, ale nadal najważniejsza jest władza. Władza, która bardziej ceni posłuszeństwo zasadom niż ludzkie życie, a równocześnie tak to ludzkie życie chroni, że aż strach. Plac jest strzeżony do granic absurdu. Aby dostać się do Zakazanego Miasta, trzeba przejść przez kilkanaście odcinków podziemno-nadziemnego labiryntu (schodzi się na dół, przechodzi kilka kroków pod ziemią, zalicza jedną czy drugą bramkę bezpieczeństwa, by zaraz wyjść na powierzchnię, a po chwili znów zostać skierowanym do kolejnego przejścia podziemnego - tak kilka razy).
Zniecierpliwieni obchodzeniem dookoła kolejnej absurdalnej barierki, postanowiliśmy skrócić dostęp "na Wałęsę" - przeskakując ją. Ściągnęło to uwagę i gniew policji. Skończyło się na kilkunastominutowym sprawdzaniu wszystkich dokumentów, choć groźna mina funkcjonariusza i powaga sytuacji sugerowała w najlepszym przypadku rozstrzelanie. 
Dotarliśmy do celu. Cali i zdrowi. Zakazane Miasto po zobaczeniu innych - mniejszych, ale jakoś podobnych - obiektów, nie wywołało w nas efektu WOW. Percepcja zdążyła oswoić się z chińską architekturą, choć nadal oko cieszyły detale i ludzie. 
Miasto nie jest obecnie zakazane, a jego współczesna wersja pochodzi z rekonstrunkcji z lat sześćdziesiątych zeszłego wieku, ale nadal jest jednym z symboli chińskiej kultury. 
Efekt jak malowany znajduje sporo entuzjastów, nawet w nieturystycznym okresie. W turystycznym tłumy mogą być nie do wytrzymania. 
Obejście wszystkich obiektów zajmuje kilka godzin (podobno znajduje się tu 800 pawilonów!). To zabawne, że tak drobni fizycznie Chińczycy od zawsze mieli tak wielkościowe zapędy w architekturze. Gdybym nie była psychologiem powiedziałabym, że to kompleks, a że jestem, to powiem, że może mechanizm obronny. Dosłownie i w przenośni. 
Jeśli nie rozumiesz obrazu, zrób kilka kroków do tyłu i spójrz na niego jeszcze raz. Z Zakazanym Miastem jest podobnie. Jego piękno widać dopiero z daleka. Harmonia czerwonych daszków, kompozycja pawilonów i  już nie tak przytłaczająca, ale nadal zauważalna skala -  z pobliskiego wzgórza wyglądają dokładnie tak, jak na chiński symbol przystało. Przy okazji łapie się szerszy kadr, łącząc przeszłość z teraźniejszością. 
LEKCJA nr 7: DZIEŃ DOBRY I CO DALEJ?
Z miasta zakazanego do olimpijskiego, kilka stacji metrem lub kilka przewinięć myszką - proszę bardzo. 
Kiedy okazało się, że w letnie igrzyska olimpijskie 2008 odbędą się w Chinach, Pekin przygotował się z właściwym sobie rozmachem. Jak na te kilka lat, obiekty wciąż wyglądają nowocześnie.  
Podobno od igrzysk Chiny otworzyły się na turystykę. Na niektórych stacjach metra pojawiły się angielskie napisy, a ludzi uczono, aby nieazjatyckich gości witali "Dzień dobry, w czym mogę pomóc?". Problem pojawiał się, gdy przybysz mówił czego potrzebuje - tego lekcje angielskiego już nie obejmowały i zapadała cisza maskowana uśmiechem skrępowania. 
W przeciwieństwie do ludzi, obiekty sportowe i infrastruktura w miasteczku olimpijskim przygotowane zostały całkiem dobrze. 
Miasteczko stara się obecnie żyć swoim poolimpijskim życiem. Oczywiście większość gości to turyści, ale i miejscowi wpadają tu czasem powspominać lato 2008 przy jogurcie pitnym. 
Polecam zwiedzić miasteczko tuż przed zmrokiem, by mieć jego obraz za dnia i wieczorem. Po ciemku bowiem, poza pustkami, świeci się tu różnymi kolorami. 
Niektóre podświetlenia wyglądają dobrze, inne nie przekonywały mnie nadmiarem i doborem kolorów, ale jedno jest pewne: jest na bogato. 
Ostatnią elewację szczególnie warto zapamiętać, bo kryje centrum handlowe. Centrum handlowe z bardzo rozbudowaną strefą jedzeniową i najlepiej rozwiązaną kwestią zamawiania jedzenia, z jaką kiedykolwiek się spotkałam: makiety 1:1 przedstawiające jak wygląda każde danie. Znika nie tylko problem braku english menu, ale też zgadywania "najem się tym?". Co więcej, realne dania nie tylko wyglądają, ale też smakują rewelacyjnie (dla mnie to był nr 1 z całego pobytu). 
LEKCJA nr 8: LUDZIE TWORZĄ MIEJSCE
Wspomnieniami z miasteczka olimpijskiego byłyby tylko podświetlane budynki i świetny obiad, gdyby nie pewna scena. Ludzi tańczących w przestrzeniach publicznych widzieliśmy w Chinach wielu. Grupa "olimpijska" wyróżniała się na ich tle: seniorzy przygrywali rytmicznie na bębnach i talerzach, a seniorki tańczyły w tym rytmie, wymachując wachlarzami. 
Pełna energii muzyka i choreografia okazała się porywająca. Dosłownie. Zostałam zaproszona do tańca przez jedną z Pań. Po chwili miałam w ręce swoje wachlarze, a jako partnera jedynego tancerza w grupie. Było coś nierealnego w tej sytuacji. Wycofani i powściągliwi Chińczycy plus raczej wycofana i raczej powściągliwa ja, przez kilka minut bawiliśmy się tak, że świat dookoła przestał istnieć. 
Tymczasem świat istniał i zaczął nam kibicować. Zrobiła się wokół nas niezła grupa - turystów i miejscowych. Były brawa i wspólne zdjęcia. Moje 5 minut chińskiej chwały ;). Do dziś uśmiecham się na wspomnienie tej sytuacji. 
Z miasteczka olimpijskiego pojechaliśmy do miejsca, które nawet w nazwie tworzą ludzie. Budynek chińskiej telewizji o nierealnej konstrukcji, inspirowany chińskim znakiem, odpowiadającym słowu "ludzie". Co ciekawe, sami ludzie nazywają go podobno "przekręconym pączkiem z dziurką" lub "gaciami". Jak widać, Chińczykom nic, co ludzkie nie jest obce :-). 
LEKCJA nr 9: SKY IS THE LIMIT
Wszystko ma swoje granice, a przynajmniej mieć powinno. Dotarliśmy do przedostatniej lekcji i ostatniego dnia w Chinach. Pojechaliśmy zobaczyć Świątynię Nieba i zwiedziliśmy otaczający ją kompleks. 
Miejsce ciekawe, choć do dziś żałuję, że nie odwiedziliśmy również sąsiadującego z nim Pearl Marketu - największego targu ubraniowego w Pekinie. Marzenia o New Balance'ach za kilka złotych nie zostały zrealizowane, za to zobaczyliśmy jak czas wolny spędzają Chińczycy, o ile go oczywiście mają. 
Kolejni seniorzy, którzy skradli moje serce. Po co siedzieć w domu, jak można wziąć chińską zupkę do parku i spotkać się ze znajomymi. Szachy pod gołym niebem i gołe męskie brzuchy - to jest to!
LEKCJA nr 10: PODOBNE W NIEPODOBNYM
Na koniec odwiedziliśmy dwa świątynne klasyki: Świątynię Lamy i Świątynię Konfucjusza. Lama w tym przypadku tylko z nazwy kojarzy się zwierzęco - to ten złoty pan. 
Ten pan z długimi wąsami to z kolei Konfucjusz. Bardzo lubił pisać i kolor czerwony. W pekińskiej świątyni znajdują się kamienne stele, zapisane jego twierdzeniami. O mały włos bym je zniszczyła - potknęłam się i przewróciłam na jedną z nich. Na szczęście wytrzymała nacisk i nie stałam się bohaterką światowej afery. 
W świątyni piszącego pana natknęliśmy się na lekcje kaligrafii. Co ciekawe, nauczyciel w tradycyjnych szatach, w przeciwieństwie do nas bywa na Pearl Markecie. Świadczą o tym nowiutkie New Balance'y na jego konfucjańskich stopach
Może któreś z tych maluchów w przyszłości zapisze kolejne kamienne stele, na które będą przewracać się polskie turystki? Bardziej prawdopodobne jest, że zapisze jedną z czerwonych zawieszek z modlitwami, jakich w świątyniach pełno, ale nigdy nie wiadomo. 
W świątyni natknęliśmy się również na bardzo zachodni i bliski nam zwyczaj - wieczór panieński. Panny o wschodnich rysach były wyszykowane na niezłą imprezę. 
Poczucie swojskości towarzyszyło nam do końca wieczora. Trafiliśmy na jedną z uliczek - hutongów, która zaprowadziła nas do zupełnie innego Pekinu. 
Kilka biednych chatek i przewalających się śmieci, a za nimi hipsterska dzielnica z rękodziełem, designerskimi ciuchami i knajpkami. Takie zestawienia tylko w Chinach. 
Urządzilibyśmy sobie knajpowy maraton, gdyby nie fakt, że nasza chińska podróż dobiegała końca. Podobno dobrze tak, przerywać zabawę w momencie, kiedy ma się ochotę na jeszcze. Niedosyt pozostawia nadzieję na ciąg dalszy. 
NA KONIEC
Dobiliśmy do brzegu jeziora i zawróciliśmy w stronę lotniska. Z Pekinem pożegnaliśmy się jak ze starym znajomym. Wiedzieliśmy o sobie znacznie więcej - że bywa formalistą, że nie zawsze gra czysto, że lubi klasykę, ale nie gardzi hipsterskimi trendami. Że nieźle tańczy i potrafi się pokazać. Jak na tak krótką znajomość to chyba nieźle, co znaczy, że swój chiński egzamin zaliczyliśmy z pozytywnym wynikiem. Trochę szkoda, bo wyjeżdżając nabraliśmy ochoty na poprawkę. 




2 komentarze:

  1. Nie dziwię się, że jak to napisałaś - selekcja była ostra. Przy takiej ilości miejsc do obejrzenia, odwiedzenia z czegoś trzeba zrezygnować na rzecz tego drugiego. Nie wiem ile by musiała trwać podróż żeby zobaczyć chociaż połowę miejsc. Należałoby chyba po prostu zamieszkać na czas jakiś. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem o dość... "krętej" drodze na plac w towarzystwie licznych kontroli,a nawet stanięcia oko w oko z systemem :) To na pewno interesująca podróż. Jeśli chodzi o mnie i o Chiny to ... może kiedyś ?! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak, choć dwa tygodnie na Chiny to mało (wyobraźmy sobie dwa tygodnie na całą Europę - co wybrać?), to jednak jakiś obraz się tworzy. Na pewno większy, niż nie będąc w danym miejscu w ogóle. Chiny są bardzo ciekawym krajem, o wiele bardziej niż myślałam przed wyjazdem. O ile Indii nie polecam każdemu, tak Chiny na pewno warto. Bardzo dziękuję za komentarz!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...