5 listopada 2015

Rzym od innej strony

Spędzając trzy i pół dnia w takim mieście można liznąć jego jakiś ułamek. Tyle czasu na dobrą sprawę należałoby poświęcić na sam Watykan, a ja tam nawet nie dotarłam. Z przewodnikowego punktu widzenia taki pobyt w Rzymie jest zmarnotrawieniem czasu. Na szczęście nie jestem autorką przewodników, a od must see wolę want meet. Podczas wyjazdu poznawałam kogoś po raz drugi, a przy okazji poznałam Rzym z zupełnie innej perspektywy. 

Może pamiętacie, a może nie - w Rzymie byłam zimą 2013 i opisałam ten wyjazd dość dokładnie. Okoliczności były specyficzne, bo w programie zwiedzania niespodziewanie zamieszał nam Benedykt swoją abdykacją, ale mimo tego poznaliśmy klasyczną stronę miasta, większość jego kultowych miejsc i smaków. To były czasy, kiedy w Poznaniu na Kościelnej nie miały do czego ustawiać się kolejki, o mającej później wybuchnąć lodowej rewolucji nikt nawet nie śnił, a ja nie miałam świadomości problemu, jaki mój organizm ma z krowim mlekiem, przez co bez opamiętania zajadałam się włoskimi lodami. Jednak nie tylko jedzenie zachwyciło mnie w Rzymie. Miasto kupiło mnie w całości, przez co wyjechałam z niego z koszulką "I love Rome", którą dostałam na urodziny, a także z przeświadczeniem, że jeszcze tu kiedyś wrócę.
PO LATACH
Koszulki używam do spania, najczęściej w podróży, więc  w tej roli  trafiła do mojego bagażu i tym razem. Nie leciałam jednak na city breaka, a na spotkanie z osobą, z którą przyjaźniłam się w dzieciństwie, a potem nasze drogi się rozeszły. Minęło kilkanaście lat, a moja "przyszywana kuzynka", jak ją określałam - odnalazła mnie i... zaprosiła do siebie, do Rzymu, gdzie mieszka od kilku lat. Spotkanie po takim czasie niosło za sobą ryzyko niewypału. O czym będziemy rozmawiać? Co, jeśli się nie polubimy?
Problem okazał się zupełnie odwrotny. Tyle lat zaległości i tak mało czasu, więc wykorzystywałyśmy go na maksa, zarywając noce na rozmowach i odsypiając w dzień. Samo oglądanie zdjęć z podróży, które w między czasie odbyła każda z nas, zajęło znaczną część spotkania. Rzym - wieczne miasto - musiało poczekać na swoją kolej.
NA KOCIĄ ŁAPĘ
Ludzie się zmieniają. Ja obecnie prostuję moje naturalnie kręcone włosy, a proste włosy mojej kuzynki zaczęły się mocno kręcić. Pewne rzeczy pozostają jednak bez zmian i nadal mamy dużo wspólnego. Poza miłością do podróży, łączy nas miłość do kotów i dobrego jedzenia, dlatego jednym z pierwszych celów była wegańska restauracja Romeow.
Knajpka znajduje się w modnej, choć nie mainstreamowej dzielnicy Rzymu, Ostiense. Aby się do niej dostać najlepiej podjechać metrem do stacji Piramide. Swoją drogą - wiedzieliście, że w Rzymie znajduje się prawdziwa antyczna piramida? Ale mniejsza o nią, kiedy mowa o kotach. Tych w restauracji jest podobno kilkanaście, ale pokazują się widowni - jak to koty - wtedy, kiedy mają na to ochotę. Miejsce, również ze względu na wystrój, polecam - zwłaszcza fanom sierściuchów i wegańskiej kuchni
ALTERNATYWNIE
Jeśli nawet nie przepadacie za kotami, ani za starożytnymi grobowcami, na Ostiense warto się przejechać ze względu na przewijający się w dzielnicy street art. Są blogerzy, którzy specjalizują się w temacie, ja lubię, choć jestem zielona. W każdym razie wiem, że mieszczący się w okolicach squat malował zaangażowany społecznie artysta o pseudonimie Blu. O samym projekcie fasady i jego realizacji przeczytacie TU. Robi  wrażenie.
Artyzm okolic dał  się nam poznać również z zupełnie innej strony, czteroliterowej. Przypadkiem odkryłyśmy Usta Kłamstwa i rzeźbę, której tytułu nie znam, ale pięknie korespondowała z "ustami". Nie odważyłyśmy się sprawdzić czy zwieracze zacisną się na naszych dłoniach.
DELIKATESOWO
Delikatna zmiana tematu: mówiłam już, że dobre jedzenie jest dobre? Moja rzymska gospodyni zabrała mnie tam, gdzie w dobre jedzenie się lubi zaopatrywać. Nie było to lokalne targowisko, a ogromny, trzypiętrowy sklep EATALY, w którym niepodważalnie rządzi włoska kuchnia. Jakikolwiek rodzaj włoskiego sera czy wędliny się Wam zamarzy, na pewno tam go znajdziecie.
W EATALY odkryłam ricottę z koziego mleka, ale to nie jedyne odkrycie, z jakim wróciłam z Rzymu. Kolejne jest nawet w tym samym kolorze: dowiedziałam się jaka jest tajemnica białych Conversów. Marzą mi się białe Conversy, ale wrodzony pragmatyzm krzyczy "przecież białe będą tylko chwilę, co potem?!". Moja odzyskana kuzynka ma śnieżno białe trampki z gwiazdką i wyglądają jak nówki. Jak Ty to robisz - pytam. Ona na to: kiedy Twoje białe Conversy zabrudzą się tak, że nie będą już białe, a żadne metody czyszczenia nie będą dawać rady, po prostu... wyrzucasz je i kupujesz nowe. Proste niczym spaghetti przed ugotowaniem :-).
PO MIEJSCOWEMU
Jedzenie, koty, Conversy - gdzie w tym wszystkim Rzym? Miasto było ważnym towarzyszem naszego spotkania, naszych rozmów o życiu i nie o śmierci. Kawa w jednej z kafejek na Rione Monti (klimatyczna, trochę hipsterska dzielnica, niedaleko Piazza Cavour), wino przy Vittorio Emmanuele, spacer pod Koloseum, kolacja na Zatybrzu, podglądanie Bazyliki Świętego Piotra przez dziurkę od klucza zakonu Santa Sabina - prawdziwe dolce vita!
Miasto, ze względu na czas, w jakim je odwiedziłam (koniec października) okazało się bardziej mroczne niż się spodziewałam, a kolejnym odkryciem było to, że nawet zombie kochają włoską pizzę.
PO MOJEMU
Głównym celem mojego przyjazdu było oczywiście spotkanie, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam żadnego rzymskiego marzenia do spełnienia. Było jedno, bardzo proste: zobaczyć zachód słońca ze wzgórza Pincio.  Po kolejnej długiej nocy poranek się trochę opóźnił, ale spięłam się w sobie i ruszyłam, by zdążyć zanim słońce powie dobranoc. Dzień był pochmurny i raczej nijaki, więc nic nie zapowiadało tego, co czekało na mnie na wzgórzu:
Zabrzmi jak banał, ale nigdy nie widziałam piękniejszego zachodu słońca, a fota tylko próbuje to oddać. Podobno takie spektakle zdarzają się tam częściej. Nic dziwnego, że znajdującym się w parku popiersiom z wrażenia odpadają nosy. Długo obserwowałam zmieniającą się iluminację, a kiedy zgasła zupełnie, pokręciłam się po mieście od czasu do czasu zaglądając w mapę, a najczęściej idąc tam, gdzie wydawało mi się ładniej. Kilka zdjęć z tego spaceru widzieliście w pierwszej części posta.
Były i przystanki kulinarne: pierwszy raz spróbowałam pieczonych kasztanów (nie pytajcie ile kosztowały) i... bezglutenowa pasta w Ciao Checca. Gustoso!
WRÓCĘ?
Czasami poznańska oszczędność się opłaca. Grosz wrzucony do Di Trevi okazał się równie skuteczny, a może i skuteczniejszy niż monety lepiej stojących w notowaniach walut. Aktualnie fontanna odpoczywa od wrzucanych przez turystów inwestycji i jest poddawana renowacji. Tutaj pieniędzy nie zostawiłam, ale w Rzymie zostało coś zupełnie innego - odnowiona znajomość, która będzie mnie tu przyciągać mocniej niż przesądy ;).

- - - - -

P.S.
Nie zmieniłyśmy się aż tak bardzo, prawda?




6 komentarzy:

  1. Aż zachciało mi się wrócić do Rzymu! :)
    A tak btw. w Poznaniu Blu też odcisnął swój ślad.
    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? Rzym to klasyka, która pasuje zawsze :). Dzięki za cynk nt. Blu - nie wiedziałam. Wyszukałam sobie rysunek tylko nie wiem gdzie znajduje się ten budynek. Kojarzysz może?
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Miło popatrzeć na taki Rzym. A ja niedługo wybieram się do Niemiec, a potem ponownie do Brukseli - tylko na 1 dzień. Ale tak mi jakoś dobrze tam, że czemu by jeszcze raz tam nie być :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednodniowe wypady są super! A Brukselę też muszę kiedyś opisać, choć byłam tam tylko 1 dzień właśnie i to z zupełnego przypadku :). Pozdrawiam i życzę wielu okazji do bycia tam, gdzie Tobie dobrze :).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...